2026/3 - KRAIBY - Małe Antyle Północne



„Życie to sztuka odkrywania. Nie bój się nowych doświadczeń one stanowią jego esencję życia"                                                            Ernest Hemingway (od Madzi)




Wyspa Saint Martin. Lądowanie na pasie lotniska, który zaczyna się prawie na plaży, rozbudził w nas jak zazwyczaj pozytywny dreszczyk emocji... Już za trzy dni rozpoczniemy naszą kolejną, wspaniałą przygodę. Saint Martin to wyspa podzielona pomiędzy Francję i Holandię. Jak głosi legenda, 300 lat temu ustawiono na krańcach wyspy Francuza i Holendra, nakazując im biec naprzeciw siebie. W miejscu ich spotkania dokonano podziału na cześć francuską i holenderską. Francuz był szybszy, stąd 60% wyspy należy do Francji a 40% do Holandii, choć 60% populacji mieszka w holenderskiej części, a tylko 40% we francuskiej.


A potem były rutynowe zakupy, szkolenie, klar na pokładzie i wystartowaliśmy z wielkim entuzjazmem i radością z ciasnej mariny, rozpoczynając tego pierwszego dnia nasz 52 już rejs, jakże nieświadomi, że dzień ostatni będzie tragiczny, nieprawdopodobny, nieobliczalny i niezrozumiały...

 



Najpierw była trudno dostępna wyspa Prickly. Potem Angilla gdzie zetknęliśmy się z brytyjską administracją morską (czytaj tonami papierów, pieczątek, tabelek itp...) podczas odprawy celnej.



 

Orzechy kokosowe na wyspie Angilla



Potem była dość niemiła przygoda na rajskiej wyspie Scrub, gdzie duża, niebezpieczna i dobijająca fala do wspaniałej plaży zmusiła nas do dużego wysiłku by przebić załamującą falę i wrócić pontonem na czekający na kotwicy jacht. 

 


Kolejne kotwicowisko, to jeszcze piękniejsza, piaszczysta plaża bezludnej i prywatnej wyspy Tintamarre udostępnionej przez właściciela dla turystów. Przypomniała mi się wyspa Saint John na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych, którą od USA wykupił Mr. Rockefeller, by następnie przekazać ją... USA pod warunkiem przeznaczenia jej na Park Narodowy. Tak, to uchroniło wyspę od szalonej deweloperki, betonowych hoteli i zadeptaniem białych, dziewiczych, przepięknych plaż. Na Tintamarre obserwowaliśmy zaloty baraszkujących iguan : większego, nastroszonego i piękniejszego samczyka do skromnie czekającej na wydarzania samiczki. Biologia jest fascynująca o czym miałem przekonać się na koniec rejsu. 



Po wspaniałym sześciogodzinnym żeglowaniu ukazała nam się pierwsza perełka. Pierwsza moja Wyspa Magiczna – Wyspa Statia. Pisałem już w planie naszej podróży, że Statia to handel niewolnikami i bronią, ale teraz zobaczyliśmy jeszcze wielkie zbiorniki na ropę naftową i długie pomosty do cumowania tankowców.

- Ależ mają duże złoża ropy - krzyknęło dwóch załogantów-geologów !! Szybko jednak ten pomysł wybiła nam z głowy Misza, przewodniczka po tamtejszym muzeum :

- Nieeee, my nie mamy ropy, ale handlujemy ropą. Przybywa nie wiemy skąd i odpływa nie wiemy gdzie. 

Jak więc nie nazwać tej wyspy Wyspą Handlu (Trade Island) ? Niewolnicy, broń a dziś ropa naftowa. Hmm... nie będę złośliwy. Nie napiszę czyje, być może, przedsiębiorcze geny zagościły tu na zawsze -😉  

Fort a później magazyn niewolników przed sprzedawaniem ich na placu targowym... 



 

Kolorowa stolica wyspy - Oranjestat

 

Przewodniczka Misza

 


 i lokalne muzeum historyczne

 

Pierwsi Żydzi przybyli na Statia z holenderskich już wysp Curacao, Bonaire i Aruba leżących niedaleko Wenezueli około 1660 roku, ale dopiero w 1749 roku wybudowali synagogę z żółtych cegieł SPECJALNIE przywiezionych na ten cel z Holandii. Potrzeba było aż 90 lat by zdecydować się na tak wielką inwestycję. Interes kwitł... ale jak często mawia Irenka : coś się zaczyna i coś zawsze się kończy. 1860 rok położył kres niewolnictwu a w 1848 roku Samuel Colt rozpoczął produkcję swoich rewolwerów kładąc kres zaopatrywaniu Ameryki w broń palną.


 

Kościół protestancki

  


 i synagoga

 

A czcigodni chrześcijanie ? Holenderscy protestanci rozpoczęli wznoszenie swojej świątyni w podobnym czasie. Rozpoczęli w 1725 roku i przez 30 lat budowało ją około 150-ciu zniewolonych, czarnych mieszkańców Afryki za łyżkę manioku. Stojąc w tym magicznym miejscu pomyślałem o tych czarnych animistach „nawróconych” na właściwą chrześcijańską wiarę i modlących się do Boga tych, którym nie przeszkadzało zniewalać i bestialsko wykorzystywać innych. Nawracając, traktowali swoich niewolników jako istoty rozumne, potrafiące nauczyć się wszelkiego rodzaju pacierzy a jednocześnie, nie przeszkadzało im uważać ich za coś poniżej człowieczeństwa tylko i wyłącznie z powodu innego koloru skóry. Czy jesteście w stanie zrozumieć takie barbarzyństwo? 

 



Smutna droga niewolników 

 

I tak dopłynęliśmy do wyspy szczęśliwości - Saint Kitts, czyli Wyspy Świętego Krzysia, choć początkowo był to Saint Christophe, zamieniony później na zdrobniałego Krzysia (Kitts). Dlaczego Wyspa Szczęśliwości ? Bo najpierw Francuzi i Anglicy w zgodzie uprawiali tę wyspę (stąd choć mówi się tam po angielsku to z wieloma francuskimi słowami wymawianymi po angielsku) a w ostatnich latach wybudowano długi i szeroki pomost (keję) na wielgachne cruisery-hotelowce. Każdego ranka do pomostu przybija taki "wieloryb" (lub czasem dwa) by po śniadaniu wypluć ze swej czeluści około 3000-4000 pasażerów, pozwalając im rozkoszować się lądem, karaibskimi pamiątkami wyprodukowanym w Chinach i wspaniałą hinduską, chińską, meksykańską, a czasem nawet kreolską (!) kuchnią... Efekt ekonomiczny murowany... Każdy z takich turystów zostawia na Wyspie Szczęśliwości co najmniej 100 USD co przy 50 000 mieszkańców daje doskonały poziom życia. O plantacjach tytoniu, kakao, trzciny cukrowej i jakichkolwiek owoców oczywiście dawno już zapomniano i wszystko kupuje się na sąsiednich wyspach. 

 

O ludobójstwie Indian Kalinago pisałem już we wstępie. Dodam więc tylko, że to właśnie na tej wyspie (być może podczas naszego pobytu) spotkał się sekretarz stanu USA Marco Rubio (kubańskiego pochodzenia) z wnukiem Raula Castro (brata Fidela) by omawiać ewentualne przejęcie władzy przez młodego Castro. To nie byłoby głupie - pomyślałem będąc kilkanaście dni później na zrujnowanej socjalizmem Kubie.


Centralny plan stolicy Basse Terre 

  i ogłoszenia w lokalnych knajpach



Tylko dlaczego radosnego chłopca umieścili na tej smutnej tablicy informacyjnej ?


Jednym halsem, przy wietrze około 5 bft, po 6-ciu godzinach wspaniałego żeglowania dopłynęliśmy do francuskiej Saint Barthelemy. To już nie jest ta piękna wyspa, którą poznaliśmy 20 lat temu. Dziś to Saint Tropez Karaibów z wielgachnymi, wypasionymi jachtami motorowymi i setkami małych jachtów zacumowanych na setkach boi i kotwicach wkoło stolicy Gustavia. Zatrzymujecie się na kotwicy, macie pół godziny (kilkaset metrów) by dopłynąć pontonem do portu, a po udanej kolacji nie jesteście pewni czy wracając, w gąszczu masztów znajdziecie wasz jacht. To niekoniecznie dla nas. Wolimy ciszę i spokój choć nie przeszkadza nam sukces finansowy innych, ich wypasione jachty, luksus i zadawany szyk. Savoir vivre, to umiejętność odnalezienia się w biednym, ale również bogatym środowisku, a tolerancja to również sztuka wyzbycia się pełzającego nawet uczucia zazdrości... Kochamy naturę, ale szczypta luksusu, blichtru i bogactwa też nie jest dla nas obrzydliwa a bogatych nie nazywamy nigdy pogardliwie „burżujami”... (od bourgeois, czyli mieszczanin, skądinąd)

 

To nie dla nas.... ale jeżeli kogoś stać ?? Może być nie całkiem obrzydliwe -😉 

 

 A to tak.. to nasz mały świat -😊

 

Ostatnią wyspą na trasie naszego rejsu była prywatna wyspa Fourchu. Ta przepiękna wyspa cudnych kaktusów również udostępniona jest dla turystów...





 

A na końcu tej wspaniałej wyprawy...  na samym jej końcu... 12 godzin przed wejściem na pokład powrotnego samolotu do Polski, wydarzyła się nieprawdopodobna i niezrozumiała tragedia. Odeszła od nas na zawsze koleżanka, którą bardzo pokochaliśmy, i która na zawsze pozostanie w naszych sercach. Ta tragedia pokazała jak niesamowita i jednocześnie bezwzględna jest biologia, jak fascynująca i potężna jest jej siła, jakim człowiek jest prochem w jej zaciśniętej pieści. Życie nie daje nam wyboru i zmusza to kontynuacji. Nie pozwala na wystarczająco długi płacz czy przesadną radość i każe dalej pchać wózek życia wciąż dalej i dalej, aż do momentu, kiedy to ona zdecyduje o naszym końcu... 

 

Zrobiłem wszystko co mogłem... a potem... A potem polecieliśmy przez Dominikanę na Kubę by powitać kolejną załogę, która przybyła by się bawić i odpoczywać po trudach całego roku pracy. I ponownie, rutynowo : zakupy, szkolenie, klar na pokładzie i sprawdzenie jachtu przyćmiło smutek tragedii i rozdarcie po stracie bliskiej osoby... Biologia nie dała mi wyboru. Natura kazała dalej brać życie za rogi i z pełną odpowiedzialnością zabezpieczyć bezpieczeństwo kolejnej załogi... 

     ...


 

Komentarze