2026/4 - KUBA

 

 

„Najważniejsze to poznać siebie i uwierzyć we własne możliwości. Wtedy możesz zdobyć świat”.                                                                                                                                                                                                                     E. Roosvelt   

 

 

   

Po 40-tu bezsennych godzinach wpadliśmy w nieskazitelnie białą pościel hotelu Hodelpa Nicolas De Ovando w Santo Domingo na Dominikanie. I dopiero po 9 godzinach bitego snu zaczęliśmy rozdzielanie włosa na czworo nie mogąc zrozumieć tragedii, która się wydarzyła : nieprawdopodobnej, tragicznej i przypadkowej śmierci naszej przyjaciółki po skończonym już rejsie na Małych Antylach Morza Karaibskiego. A życie pchało nas dalej i dalej. Najpierw nie mogłem oprzeć się urokowi hotelu i jego historii. To tu, w tych murach, mieściło się gubernatorstwo wyspy Hispaniola w latach 1502-1509. To tu, po niezbyt udanych rządach Bartolomeo Kolumba, rząd hiszpański umiejscowił młodego Nicolas’a De Ovando jako gubernatora. I to właśnie w tych murach, pod tym samym niebem i tym samym, choć wielokrotnie remontowanym już dachem, bywali i oddychali tym samym powietrzem moi konkwistadorscy „bohaterowie”: Diego Velazquez de Cuellar, Hernan Cortes i Francisco Pizzario. To właśnie tu rodziły się pomysły i plany dalszej konkwisty na Kubę (1511), do Meksyku (1518) i do Peru (1526). Byłem pod ogromnym wrażeniem i dech zapierało mi w piersiach... 



Hotel Hodelpa Nicolas De Ovando



A potem był spacer ulicami starego, kolonialnego Santo Domingo. Najpierw kościół Jezuitów z 1714 roku przerobiony w 1767 na skład tytoniu, w 1860 na teatr, a w 1956 roku na panteon dla zasłużonych dla Dominikany. Potem plac Marii de Toledo, arystokratki i małżonki Diego Kolumba (syna Krzysztofa), która wniosła do Nowego Świata hiszpańską kulturę, i plac centralny, czyli Parque Colon z pomnikami Krzysztofa (ojca) i Bartolomeo (syna) Kolumbów. W końcu Katedra Santa Maria, najstarszy kościół obu Ameryk, który zaczęto budować w 1504 roku a kamień węgielny położył syn Krzysztofa, Diego Kolumb. To tu przez 200 lat przechowywano zwłoki Krzysztofa by ostatecznie przewieźć je do hiszpańskiej Sevilli... 



A życie pchało nas dalej i dalej 

 




Pomnik Kolumba



 Panteon

 

Dziwne było to zwiedzanie, bo choć smutek przygniatał nasze serca to wokół szalało życie. Wokół szalała salsa i reggae. Wokół życie nic nie wiedziało o naszej tragedii i w fascynujący dla mnie sposób kazało ulegać emocjom odwiedzanych miejsc i myśleć o kolejnym rejsie i kolejnej załodze. 

 

Do czarnej, nieoświetlonej nocą Hawany dotarliśmy z kilkoma przesiadkami w Turks & Caicos i Nassau na Bahamas. - Ależ szwendamy się po tych Karaibach – egzotycznie zabrzmiały w moich uszach słowa Irenki... Rzeczywiście : w ciągu ostatnich 4 tygodni odwiedziliśmy już 12 wysp.... 

 

Wylądowaliśmy więc na ledwo oświetlonym pasie lotniska. Ciemno, bo Cuba Socialista wciąż cieszy się rewolucją proletariatu i równością swoich obywateli. Równością wobec biedy, którą mieliśmy dopiero się przerazić.


Czy po 20-tu latach nastąpiły jakieś zmiany ?

Podsumowując nasz pobyt na Kubie w 2006 roku napisałem : „Kuba to pomimo niewiarygodnej biedy, radość życia Kubańczyków… Długo zastanawiałem się dlaczego i chyba odgadłem… Ten wszędobylski uśmiech i wiecznie taneczny dryg, to skutek ich wspaniałej rytmicznej muzyki i cudownego, słonecznego i ciepłego klimatu…” I tak, jak 20 lat temu w rytmie salsy odwoził nas na lotnisko taksówkarz, tak i teraz ledwo usiedliśmy w taksówce a natychmiast uraczono nas tą wspaniałą, kubańską muzyką... 



Hotel National de Cuba

 

A potem było tak samo jak 20 lat temu. Ten sam, i tak samo zniszczony Hotel National de Cuba, (5* o zgrozo), trzęsąca się i niebezpiecznie zgrzytająca, brudna, 96 letnia winda, zaniedbane pokoje z czarnymi firankami (nie wiedzieliśmy czy z brudu) zasłaniającymi wspaniały widok na bezkresne morze, kojąca, żywa muzyka w kilku restauracjach i wystrojeni kelnerzy „pod muchami” usprawiedliwiający się, że zabrakło sosu pomidorowego do spaghetti i pizzy. Porannych soków pomarańczowych brak, bo w tym pomarańczowym kiedyś El Dorado, pomarańczy również brak... 

 

 

Dostawa wody

    

Ale zacznijmy od początku tę nieprawdopodobną, kolejną historię. Kim są właściwie Kubańczycy i skąd ta wspaniała muzyka tak bardzo kojąca niedogodności codziennego dnia. Nieeee... Kubańczycy nie mają nic z autochtonów, Indian Taino, odłamu Arawaków przybyłych z dorzecza Orinoko w Wenezueli. Taino „zaginęli” bo Encomienda ich nie oszczędziła. Kubańczycy, to jak na całych Karaibach, mieszanka białych (głównie Hiszpanów) z czarnymi niewolnikami z Afryki. 

 

A salsa ? Salsa to fuzja jazzu, cha-cha, mambo oraz wpływów hiszpańskiej muzyki gitarowej. To połączenie hiszpańskiej linii melodycznej z afrykańskimi rytmami. Salsa, to elegancja, to gitara, to rytm klawesynów i wspaniale głosy wykonawców jak w Buonavista Social Club (POLECAMY !!). 

 

Ale wróćmy na ulice Hawany... Czy coś zmieniło się od 20 lat ? TAK. Zdecydowanie TAK... Przepiękne kiedyś wille i kamienice pozostały jeszcze bardziej nadszarpnięte zębem czasu, woda pitna dowożona jest cysternami, a na każdym prawie skrzyżowaniu zalegają tony/sterty śmieci. Wiatr roznosi lekkie plastikowe opakowania, a wszelkiego rodzaju robactwo pasie się na tych dzikich wysypiskach. 

 

A przecież każda willa, każda kamienica była kiedyś dziełem sztuki ze swoimi balkonami, kutymi balustradami, tarasami i kolumnami. Dziś pozostało rumowisko. 

 

Wszedłem do kilku bram na starym mieście w centrum miasta. Tragedia : obskurne podwórza i rozwalające się, brudne klatki schodowe podparte drewnianymi stemplami i jakimś ohydnymi konstrukcjami z desek. Na mój niespodziewany widok, mała, smutna i biedna dziewczynka wyciągnęła nieśmiało rękę i zawołała : - ONE dolar !!!
 

 

Kamienice w centrum Hawany



Wszedłem do kilku bram....-☹


 

Przez przypadek kierowca taksówki przewiózł nas przez typowe, socjalistyczne blokowisko...To jakiś horror !!! Od bloków mieszkalnych odpycha wzrok : brudne, zrujnowane, z wiszącymi w oknach szmatami (bielizna) i ohydnie pobazgranymi „niby to” klatkami schodowymi. Bloki wokoło są szczelnie zarośnięte chwastami a mieszkańcy chodzą wydeptanymi w chwastach ścieżkami. Nie ma mowy o chodnikach. Co kilkaset metrów leżą sterty wałęsających się śmieci. Niby czeka „toto” na wywiezienie, ale bez skutku a wiatr rozwiewa co lżejsze plastiki po tym zarosłym chwastami ludzkim blokowisku. Nikomu to nie przeszkadza. Brud, zgnilizna, bałagan, bieda i wszelakiej maści robactwo współżyją z tymi, których tu określa się szczęśliwymi ludźmi w socjalistycznej ojczyźnie. Portrety Fidela, Raula Castro i nowego Miguela Diaz-Canela, wciąż zdobią zawalone śmieciami coś co nazywano kiedyś ulicami. No i oczywiście cytaty z Fidela Castro i często jeszcze banery Viva Cuba Socialista…


Czy to jakiś ku...wa sen ?????? ... Nie mogłem oprzeć się refleksji... 

Ruchome schody (oczywiście nie działające) na lotnisku oblepione są lepkim brudem. Na półkach sklepu z wielkim szyldem Chocolats leżą same krakersy tej samej marki. W niby księgarni (Books) gdzie chciałem kupić książkę o historii Kuby leżą zakurzone książki z myślami i cytatami Fidela i Raula Castro... Ekspedientka śpi podparta łokciami na ladzie. Nie śmiałem zrobić zdjęcia... 

 

A na obrzeżach Hawany pozamykane, zardzewiałe, zarośnięte zakłady pracy... 

 

- Gdzie my jesteśmy ? To tak wygląda socjalizm ? Stawiają po raz setny pytania nasi 30-to letni towarzysze podróży ? 

 

Dodajcie do tego skutki przykręcenia kurka z ropą naftową przez wujka Donalda a zobaczycie koszt benzyny po 6 USD/litr, puste stacje benzynowe a nieliczne otwarte z kilkukilometrowymi kolejkami czekających samochodów. Restauracje i hotele są stopniowo zamykane, bo brakuje prądu, transportu i żywności. 

 

Jakimś cudem udało nam się znaleźć taksówkę, która zawiozła nas 300 kilometrów do Cienfuegos, gdzie czarterowaliśmy jacht. 

 

Szef bazy szybko pozbawił mnie dobrego humoru : - marina w Trynidad jest prawie całkowicie zniszczona, restauracje są pozamykane, brak wody słodkiej i paliwa : czy na pewno chcesz płynąć do Jardin de la Reine ? 

 

Zmieniam plan : choć nie lubię odwiedzać dwa razy tych samych miejsc to jednak ponownie popłyniemy na archipelag Canarreos, gdzie znajduje się jedna z 3 najpiękniejszych plaż świata. Dzieci (4, 5, 9 lat) i młodzież będą miały radochę.


Tak.... dzieci miały radochę -😊


Po dwóch dniach płynięcia (tym samym co 20 lat temu, o zgrozo !!!, katamaranem), przy mocnym, zimnym, tylnym wietrze dopłynęliśmy do wyspy Cayo Largo. Zacumowaliśmy w cichej i ładnej marinie, gdzie staliśmy w 2006 roku, witając nowy, 2007 rok.



Nie zawsze było upalnie..


Na pokład wszedł sympatyczny skądinąd szef mariny i ku swej radości natychmiast otrzymał od nas zimne piwo. Od razu też postawił mnie na nogi :

- Na wyspie prawie "no more food". Jedyna knajpa w marinie : "no power no food" i tylko ciepłe napoje. A jakiś sklep ? - Jaki sklep ? Tak – z pamiątkami made in China, - nie ma paliwa (na szczęście mam 60 litrów zapasu w kanistrach), - woda z odsalarki jest półsłona, bo odsalarka pracuje tylko czasowo ze względu na brak prądu, - na 4 hotele, 3 są zamknięte, bo brak prądu to brak jedzenia, wody itp… (kupiliśmy bułki w tym jedynym hotelu) - statki wycieczkowe nie pływają, bo brak paliwa i części zamiennych. Mając w głowie plan B (ewakuacja) pytam, czy latają samoloty by wrócić do Hawany a jacht tu zostawić. - samoloty latają, ale nikt nie zagwarantuje, że kolejny poleci. Nie poleci jak się zepsuje, bo nie ma części zamiennych lub jak zabraknie paliwa… Matrix... Nie tłumaczę tego mojej załodze. 

 

No i udało się... częściowo żywiliśmy się w tym jedynym hotelu, częściowo robiliśmy tam zakupy spożywcze. A reszta ? Reszta to rzeczywiście wspaniałe wyspy i zwłaszcza cudowna Playa Sirena...












Playa Sirena nas nie zawiodła

 

Po 10 dniach wróciliśmy do bazy w Cienfuegos, mimo wszystko, radośni i wypoczęci. Po zdaniu jachtu Kubańczycy smutno się uśmiechali... Widzieli w moich oczach, że jestem szczęśliwy, ale wiedzieli, że ja wiem, że jest o wiele gorzej niż 20 lat temu. Wiedzieli też, że to nie może dłużej tak trwać. Oni już chcą zmian. 

 

- Marek, kiedy tu wrócisz ? Byle nie za kolejnych 20 lat.


- Nieee... wrócę na drugi dzień po tym jak to Wy zostaniecie właścicielami tej mariny… 

 

Uśmiechają się smutno... Adios.... Hasta la vista … 

 

W powrotnej drodze do Hawany i w samolocie długo myślałem o tym pięknym i dziwnym kraju...


Piękno, dobroć, mądrość i elegancja... 

 


 

A jednak. A jednak w tym okropnym bałaganie, w tym gnojowisku, w tym niesamowitym brudzie znajdują się, jak brylanty wrzucone do chlewu : 


- ludzie o radości, miłości i wspaniałej muzyce w sercu,


- cudowne wyspy o plażach z białego "cukrowego" piasku,


- ciepłe, przeźroczyste morze,


- rodzące się rodzynki normalności jak prywatne knajpki, tuk-tuki (taksówki) i stragany z owocami.....i...


- stare, dopieszczone samochody amerykańskie z lat 1950-1960 jak w żywym skansenie. Ich producenci powinni każdemu z właścicieli ofiarować po 100 tys. USD za tak wspaniałe reklamy Dodga, Oldsmobila, Cadillca, Forda, itp… Zdarzają się też oczywiście „młodziaki” jak Fiat 125, 126, Łady i Ziły wyrzucające z siebie tony spalin. A z noworodków ? Kilka samochodów Hyundai, Toyota i parę nowych „Chińczyków”.




 


Żywy skansen... 

 

A wszystko to podlane sosem wspaniałej salsy lecącej z każdego głośnika w samochodach, hotelach, restauracjach i sercach Kubańczków...-😊-😊-😊 

 

Wizyta w klubie Buonavista Social Club i ulubionej przez Hemingway’a knajpie Floridita w Hawanie była meniskiem wypukłym kielicha radosnej strony kubańskiej rzeczywistości, po jakże skrajnie wypukłym menisku kielicha goryczy tego kraju...


 Buonavista Social Club

 

  Floridita 

 

I podobnie jak 20 lat temu spotkała mnie ta sama refleksja ... 

 

Kuba to jakiś matrix, jakiś sen. To mieszanka raju z fenomenem wyprania ludzkich mózgów. To lekcja dla wszystkich autokratów świata jak zrobić niemyślące małpy z rozumnych ludzkich istot, które i tak są szczęśliwe (choć na pewno do czasu) bo mają w sobie ten wszędobylski uśmiech i wieczny taneczny dryg będący skutkiem ich wspaniałej rytmicznej muzyki i cudownego, słonecznego i ciepłego klimatu… Wszak nie bez przyczyny SŁOŃCE było Bogiem wielu upadłych cywilizacji. 

 


Prywatna pijalnia piwa oczywiście z zespołem muzycznym



i ... szczęśliwi MY

 

To była wspaniała lekcja socjalizmu dla naszego młodego pokolenia i ogromny smutek dla nas... rozumiejących różnice ekonomiczne tych dwóch systemów gospodarczych, zwłaszcza zaś tragedii socjalizmu, który tak naprawdę nie powinien w ogóle nazywać się systemem gospodarczym tylko opowieścią science fiction...

Jak zgolić brodę, to tylko w nowym, prywatnym Barber Shop... Da się ???

Wspaniała załoga

Komentarze