2026/7 - POLSKA

 

„Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie”                                                                                                                              Wincenty Pol 

 

Był 2005 rok, kiedy pokochaliśmy polskie Tarty i gościnną, lokalną ludność, a gdy zdecydowaliśmy o budowie właśnie tam naszego gniazda na spokojną starość to natychmiast zostałem „ostrzeżony” przez blisko spokrewnioną mi osobę : nie jedź tam, nie znasz Górali, są obłudni i nie tolerują obcych.

A jednak... A jednak już w 2011 roku, urzeczony tym miejscem i tą ludnością (ludzie tak Ciebie traktują jak Ty ich traktujesz) napisałem we wstępie naszej Księgi IRMA cytując fragmenty wiersza Wincentego Pola „Kraj Ojczysty” : 

 Alboż nie śliczne te wioski liczne? Ten kraj kochany, bogate łany?
Bujne ogrody, łączka wesoła, na której trzody widzisz dokoła.

(...)
Na oknie kotek, przy kwiatku płotek, a pies przy budzie. A co za ludzie!
Każdy gotowy sercem i słowy przyjąć w gościnę; da i pierzynę,
Sobie odejmie, a da uprzejmie.

Nie jedź po świecie, znajdziesz tu przecie niezgorsze rzeczy,

Nikt nie zaprzeczy, że w tym kąciku cnoty bez liku, uczucia żywe, serca poczciwe.

A dalej : „I aby to zrozumieć, „musieliśmy” zwiedzić przysłowiowe „pół świata” aby poznać w nas samych emocje, które zawsze towarzyszą nam, gdy wracamy w Polskie Tatry. Rodzima przyroda zachwyca nie tylko mocą zieleni tatrzańskich świerków, ale także ich zapachem, dostojnością i wielkością. Wracając, zawsze odczuwamy tę samą radość bycia „u siebie”.

Zakotwiczeni tu, w polskich Tatrach, pragniemy podzielić nasz podziw do góralskiego ludu z pieczołowitością broniącego swych wartości. Wartości, gdzie istnieją jasne i przejrzyste zasady, gdzie duma i godność nie są kartą przetargową...”

Ale potrzeba było 2026 roku, by nasz podziw do Górali ocenić z perspektywy 15 lat, kiedy zaproszeni zostaliśmy na wesele syna zaprzyjaźnionego dziś z nami Wojtka - budowniczego naszej wspaniałej Willi IRMA. 

O tym zaproszeniu poinformowaliśmy oczywiście wielu naszych „nizinnych” przyjaciół... GÓRALSKIE WESELE – ale macie frajdę... no to będzie się działo, wszak „góralskie wesele” dla Polaka to jak „pijany jak Polak” dla Francuza, a więc hulaj dusza bez kontusza i utopmy wszystkie smutki w butelce swojskiej wódki...

A jednak było zupełnie inaczej. Posłuchajcie więc tej opowieści, która dla wielu wydać się może jak bajka z tysiąca i jednej nocy, a jednak...


A jednak punktualnie o godzinie 12h50, pod wspaniały, drewniany kościół pod wezwaniem św. Kazimierza wybudowany w Kościelisku w 1914 roku, podjechał korowód bryczek i wozów zaprzęgniętych w pięknie udekorowane konie. Korowód prowadzony był przez piknie śpiewających swatów zwanych też wodzami weselnymi.


Kolorowy tłumek młodych druhen i druhów a także całej rodziny i zaproszonych gości wlał się przez kościelną bramę... Jest pięknie. 


Powabną Pannę Młodą poprowadziło do ołtarza dwóch przystojnych młodzieńców a Pana Młodego dwie prześliczne druhny. Kawalerowie zajęli lewe, a panny prawe ławki. Obserwowałem ich i już byłem pod wrażeniem : panny dobrane, szczupłe, jednakowego wzrostu, w obowiązkowo upiętych w kok ciemnych włosami, w kolorowych sukniach i kolorowych, przepięknie haftowanych gorsetach. Kawalerowie jakby spod sznurka też jednakowego wzrostu, wszyscy bruneci, w swych góralskich portkach z parzenicami i jasno-szarych, obszywanych cuchach (pelerynkach).

       

Msza... kazanie... obowiązkowo komunia dla wszystkich i małżeńska przysięga w takt starych, pięknych polskich pieśni nabożnych przerywanych od czasu do czasu góralską kapelą...

Zaduma i modlitwa. Prosimy Boga, Maryję i wszystkich świętych o szczęście dla młodych, o zdrowie i długą bezpieczną drogę naznaczoną wszak wieloma wertepami i niespodziankami, zwaną życiem. Przejść ją zawsze razem i w całości nie zawsze jest proste i nie wszystkim się udaje, bo jakże łatwo wypaść na którymś z jej licznych zakrętów...  


SZCZĘŚĆ BOŻE MŁODEJ PARZE !!!

No i zaczęło się... wyjście z kościoła w takt marsza Mandelsona i góralskiej kapeli, pierwsze (oficjalne już) pocałunki, korowód gości i pamiątkowe zdjęcia...  
 
Pakujemy się do czekających wozów i bryczek. Formujemy korowód, wszak przed nami 8 kilometrów do miejsca WESELA. Zajmie nam to całą godzinę naznaczoną śmiechem, śpiewem i radością... Weselmy się !!! 

      
  
Stonoga wozów i aut tych, którym zabrakło miejsca w góralskich wozach wije się najpierw wąskimi uliczkami Kościeliska by wpaść całą swoją długością na główną szosę... Hmmm... Na wozach popijamy wspaniałą cytrynówkę a dwa przydrożne stoiska wymieniają opróżnione butelki... Ach !! Cóż za wzorowa organizacja myślę sobie. Ktoś ma ochotę na sikanie... No problem... zatrzymujemy dwustumetrową stonogę ku niezadowoleniu tych obcych, którym się spieszy, ale wyprzedzić 200 metrowy korowód graniczy z cudem... Cóż... weselimy się... wszak to święto naszej Karolinki i naszego Wojtusia... Spoko... nie denerwujcie się.... 

 
      
 
 Wesele to radość

Dojeżdżamy do naszej weselnej siedziby. Góralska restauracja. Mistrzostwo góralskiej ciesielki. Grube drewniane bale wprzęgnięte w ludzkie życie. Nie... nie znajdziecie takiej ciesielki nigdzie już na świecie. Chleb, sól, powitanie młodych i zajmujemy nasze miejsca. Rozglądam się i nie wierzę. Tą drewnianą wielometrową chałupę na 200 osób chłodzą olbrzymie klimatyzatory wbudowane w drewniany strop. Misternie wyrzeźbiona drewniana koronka pod sufitem kryje oświetlenie, z jednej strony dając przyjemne, jasne światło, z drugiej jakżeż piękną dekorację.

Długie stoły na 40 osób pokrywa obrus śnieżnej bieli i najlepszego gatunku. Sprawdzam, dotykam i jestem pod wrażeniem. Nikt tu nie idzie „na skróty”. Stół udekorowany jest niczym w sali jadalnej Pałacu Buckingham, którą tak bardzo zachwycałem się 20 lat temu : wszystko poukładane jest pod przysłowiowy sznurek. Tak, cholernie lubię porządek i jestem estetą... Tu wszystko mi się podoba. Co 2 metry równiutko poukładane butelki (po 5) coli, wody mineralnej i gazowanej, sprite i sok jabłkowy a obok 5 malutkich kieliszków. Nie pijemy szklankami nie pijemy pięćdziesiątkami. Degustujemy, bo jest co : wspaniała cytrynówka i biała, czysta wódka „ z kłosem” jakiej nie piłem chyba jeszcze nigdy. Zacząłem od cytrynówki, ale po pierwszym kieliszku białej nie zdradziłem jej do końca imprezy...

 

Wchodzą pierwsze dania : architektura i smak... Tak, zawsze w ten sposób oceniam potrawy. Ponownie jestem zaskoczony. Elegancja i szyk. 3 gwiazdki Michelin ? Na pewno !!! Smak i wygląd, wygląd i smak... Brawo, kto da lepiej ?

Kelnerzy uwijają się jak w ukropie : ledwie otworzysz buteleczkę coli to natychmiast zjawia się następna by uzupełnić równiusieńki szyk. Kiedy otworzysz sok, natychmiast ktoś usuwa z jego otocznia leżący kapsel... Patrzę i podziwiam młodego chłopaka z jakim zaangażowaniem czuwa nad naszym stołem, jak bardzo jego wzrok skupiony jest na każdym detalu, który mógłby zaburzyć ten stołowy porządek...

Mój wzrok pada na wystawione pod ścianą bufety : piwo, wino, Jack Daniels ustawione równiutko jak żołnierze podczas musztry. Kieliszki, ekspresy do kawy i... histeria deserów... Ponownie... nie tylko pyszne ale jakżeż pięknie udekorowane, jak pięknie podane. Przypomina mi się lache vitrine (lizacz witryn), kiedy jako emigrant podglądałem przez okna paryskie restauracje... Dziś Paryż zawitał w Kościelisku... Nie mogę uwierzyć... 3 gwiazdki Michelin mogą się daleko pochować. Dziś dyktatorem l’art de table jest kościeliska ludność...

  
Zaczynają się tańce. Kolorowy tłum rozwija swoje skrzydła. Kapela góralska nie pozwala odpocząć, ale ja bardziej niż tańcem napawam się widokiem tej wspaniałej młodzieży. Tych młodych mężczyzn i tych pięknych panien. Inteligentne, wesołe i radośnie rozśpiewane twarze. Gdzie są ci góralscy rolnicy ? Nie znajdziecie. Dziś ten kwiat ludzkości otwarty jest na świat. To często młodzi przedsiębiorcy, którzy czują się u siebie, u siebie budują i tu chcą przekazać i zwyczaje ojców swoich i swoją kulturę i swoje przedsiębiorstwa kolejnym pokoleniom. 

    
 
Nie mogę napatrzyć się na ten falujący, radosny kolorowy ocean przepięknych góralskich strojów, na fruwające spódnice dziewczyn i przytupy kawalerów... Dumny jestem, że tu nie leje się ślepo gorzała i nie leje się krew. Tu leje się radość z życia i z młodości. Tu rodzi się NOWE PODHALE oparte z jednej strony na swych chrześcijańskich wartościach, z drugiej zaś na znajomości różnorodności tego świata... Dumny jestem, że mogę tu być, widzieć to, analizować to i być szczęśliwym.

 

I jak natrętna myśl wraca do mnie wspomnienie 1998 roku, kiedy ćwierć wieku temu witaliśmy Nowy, 1999 Rok w polsko-amerykańskim klubie w Miami na Florydzie, w USA. Zaraz po tamtej wspaniałej (choć inaczej) imprezie napisałem :

„Po kilku biznesowych spotkaniach w Teksasie, przez Luizjanę (gdzie oczywiście bawiliśmy się na Burbon Street w Nowym Orleanie) a potem Alabamę, dojechaliśmy na Florydę. Tu, w motelu "u Stacha" w Lauderdale, zatrzymaliśmy się na kilka dni by zobaczyć Disneyland i spędzić Sylwestra w Miami, w Polish-American Club, a więc wśród Polonusów starej daty. Dziwny i niespodziewany był to Sylwester.

Nie najmłodszej już daty rodacy przybyli w najelegantszych strojach. Panie wymalowane, wykremowane i wytapetowane na najwyższym poziomie. Panowie w smokingach, przy których nasze "normalne" ubrania i krawaty wyglądały jak ubranka Marysi Sierotki. Byliśmy najmłodsi w tym starszym towarzystwie. Na ścianach dużej sali wisiały obrazy Kościuszki, Poniatowskiego, Pułaskiego i wielu innych Polaków.

Zaraz po rozpoczęciu wieczoru, na środek sali wjechał bufet na kółkach. Nie wiedzieliśmy o co chodzi, gdy przyjaźnie do nas nastawieni autochtoni wyjaśnili, że to kolacja. I tak, po chwili, całe towarzystwo ustawiło się w kolejce do tej jakże pięknie, biało-czerwono opakowanej garkuchni. Podchodząc, brało się plastikowe sztućce, papierową serwetkę i plastikowy talerz. Trzy "bufetowe" w wieczorowych sukniach i nieskazitelnie białych, wykrochmalonych fartuchach, nakładały ogromną chochlą, z ogromnych garów, ogromne porcje przygotowanych potraw.

Był to wspaniały mikst elegancji z prostactwem, smokingów i długich sukien z żołnierską menażką i złotej biżuterii z coca-colą w plastikowych kubkach....

Wystarczyło 27 lat wolnej Polski o zdrowym wolnorynkowym systemie gospodarczym, Wystarczyło pozwolić ludziom realizować swoje marzenia i pracować dla siebie. Dziś kościeliscy Górale nie muszą już pałętać się po całym świecie w poszukiwaniu kawałka chleba. Dziś mogą być przykładem przedsiębiorczości u siebie, tu w Kościelisku. Dziś kościeliscy Górale mogą uczyć nie tylko Amerykanów, ale także Francuzów, Niemców, Włochów i Hiszpanów co oznacza l’art de table. Co znaczy estetyka, co znaczy radość życia i dobrobyt. Dziś, ja skromny libiąski chłopak, którego życie porozrzucało po wszystkich zakątkach świata, mogę zaświadczyć, że wyszli na najwyższy światowy poziom kultury, savoir vivre’u i dobrobytu... Dziś, niech Amerykanie, cała Zachodnia Europa i najbogatsi tego świata przyjeżdżają do Kościelska uczyć się jak żyć i jak organizować weselne przyjęcia na najwyższym światowym poziomie... jak rzeczywiście weselić się tym radosnym dniem powstania nowej komórki społecznej - nowej Rodziny. GRATULUJEMY i jesteśmy dumni, że nas przyjęliście w Wasze WYSOKIE progi a przepowiednia moich krewnych o Waszym egoizmie i braku tolerancji okazała się zwykłą nieprawdą...


Dziś, kiedy widzę igrzyska polityczne i walkę o głosy wyborców za cenę obłudy hipokryzji i kłamstw, kiedy widzę szczucie jednych na drugich, sianie nienawiści w stosunku do Niemców, Ukraińców, Żydów, Arabów, Murzynów i innych, ponownie widzę w wyobraźni nasz rozdarty kraj i ponownie jak w historycznych czasach, widzę możliwość sprowadzenia Was/nas do roli emigrantów szukających poza naszymi granicami kawałka lepszego chleba....Nie zasługujecie/my na to....

DZIĘKUJEMY

Komentarze