2026/10 - MONGOLIA


„Nie żałuj, że nie spełniły się Twoje marzenia. Pożałowania godnym jest ten kto nigdy nie marzył”
                                                                               Marie von Ebner-Eschenbach 


„Był serdeczny, bardzo inteligentny, nie był tylko wojownikiem. My wiemy, że był związany z niebem i śpi w świętej wg niego ziemi i takiego go zapamiętajcie, a nie jako okrutnego dowódcę... Każda wojna ma swoje prawa...” - powiedział nam nasz mongolski przewodnik. 

Kiedy byliśmy w Omanie, w Salalah, to po zwiedzaniu meczetu z anglojęzycznym przewodnikiem, Imam wręczył mi na pamiątkę książkę „Prawda o Allahu” w języku francuskim. Pomijam to co wyczytałem w tej książce, ale byłem zaskoczony, bo ja lepiej czuję się w tym języku. Przypadek, cud czy przeznaczenie - pomyślałem. Jakież było moje zaskoczenie kiedy nasz mongolski przewodnik (Yono) powiedział, że 8 lat był mnichem i studiował buddyzm 4 lata w Ułan Bator i 3 lata na południu Indii, tam gdzie w 2017 roku zbieraliśmy herbatę… Cud ? Przeznaczenie ? Przypadek ? Tak czy inaczej od pierwszego dnia więcej rozmawialiśmy o buddyzmie, szamanizmie i mongolskich zwyczajach niż o Czyngis Chanie…

No to opowiem Wam co nieco o moich mongolskich Wyspach Magicznych. 

Nie przypuszczałem, że PRZESTRZEŃ, WIELKOŚĆ i NICOŚĆ tam, gdzie kończy się widnokrąg a oko nie znajduje żadnej bariery, mogą być tak piękne, pasjonujące, odprężające i wspaniałe.

Nie przypuszczałem jak pociągające mogą być szerokie doliny i bezkresne przestrzenie z białymi punkcikami jurt. 

Nie przypuszczałem, jak mocne są korzenie przodków by korzystać ze zdobyczy techniki XXI wieku, a jednocześnie mieszkać i żyć jak tysiące lat temu. NOMADZI... Cóż to za dziwny i niezrozumiały lud, który zarzuca częściowo Kubilajowi, najpotężniejszemu wnukowi Czyngis Chana, założycielowi dynastii Yuan i cesarzowi Chin, sprzeniewierzenie się nomadzkim tradycjom, przeniesienie stolicy z Karakorum do Pekinu i korzystanie z bogactw osiadłego stylu życia.

NOMADZI... Choć zmienili konie na motocykle do zaganiania swoich stad, choć przy każdej jurcie stoi biała Toyota (kierownice z lewej lub prawej bez znaczenia byle było taniej), a panel słoneczny daje prąd na oglądanie TV, to zajmujemy się tylko i wyłącznie wypasem koni, owiec, wielbłądów, kóz i baranów. A kury i trzoda chlewna ? Nieeee... Z tym jest za dużo roboty.

Trasa naszej mongolskiej przygody zaczęła się w Ułan Bator, gdzie oczywiście złożyliśmy hołd Czyngis Chanowi w nowo otwartym muzeum poświęconym jego panowaniu. Kapiące złoto, chodniki do klękania i modlitw, cisza, powaga, strażnicy... Skłaniamy głowy i wycofujemy się tyłem by nie odwrócić się do Niego plecami. Był pchłą w trawie na zboczu góry, potem potężnym wodzem a dziś jest wcieleniem bożym, o czym mieliśmy przekonać się później.

Pobyt w Ułan Bator niewiele ma do zaoferowania turystom oprócz muzeum Czyngis Chana i pomnika żołnierzy radzieckich na wysokim wzgórzu. To stracony czas wśród blokowisk z wielkiej płyty z rodzynkami nowoczesności i niedokończonych szkieletów wieżowców. Poza tym, to samochodowe korki na potęgę, bo budowniczowie Ułan Bator, zwanym przez Mongołów UB, nie przygotowali się na XXI wiek.

Szybko więc pojechaliśmy 30 km na wschód by zobaczyć olbrzymi pomnik i kolejne muzeum wielkiego Czyngis Chana, choć tym razem śmierdzące komercją na kilometr. Wybudowany został przez prywatnego sponsora, byłego prezydenta Mongolii i przyjaciela Putina a dziś biznesmena (wiadomo !!). Nie ważne... Ważne, że kolejna porcja nauki weszła nam do głowy :

Kiedy Czyngis Chan zauważył, że jego wojenna strategia powoduje strach mieszkańców to zakupił w Korei kilka ton papieru i zatrudnił pisarzy : piszcie jak najgorzej o naszych okrucieństwach i ze strachu niech się poddają... I tak też było... Iście goebbelsowska propaganda działała wyśmienicie i kolejne miasta padały bardziej ze strachu niż ze względu na potęgę Mongołów, ofiarując w poddaństwie to co mieli najdroższego. Najbardziej spodobał mi się dar cesarza Si Sian : 9 złotych posążków Buddy, 9 złotych mis, 9 srebrnych mis, 9 chłopców, 9 dziewczynek, 9 koni i 9 wielbłądów...Hmmm... przyznacie, że facet miał gest - 😊

W końcu pojechaliśmy na daleką północ w kierunku mongolskiej Syberii. Cicho, pusto i ogromnie. Nieskończone, puste, pofalowane wzgórza pokryte mecho-trawą z kropelkami białych jurt na olbrzymim bezludziu...

Proszę o zjazd z drogi i odwiedzenie „z buta” jednej z nich... Da się.. Wszak buddysta Yono to już nasz przyjaciel i zrobi wszystko dla „sister” Irena i „brother” Marek. Przy białej jurcie na zupełnym pustkowiu, pasie się stado kilkudziesięciu owiec/kóz i koni. Jedna owca/koza to wartość ok. 100 USD. Przed jurtą obowiązkowa Toyota i motor. Wchodzimy do jurty. Mała dziewczynka natychmiast przybiega i częstuje nas cukierkami a młoda kobieta/gospodyni uśmiecha się życzliwie i dwoma rękoma podaje kumys na powitanie. Są otwarci, życzliwi i zainteresowani obcymi. Nie boją się, a wręcz cieszą z naszej wizyty. Zapraszają by zobaczyć dojenie klaczy... - Co robicie z kasą za wyhodowane zwierzęta, pytam szybko przeliczając ich widoczny gołym okiem majątek... - Lokujemy w banku lub kupimy mieszkanie w UB na wynajem. - To dlaczego tam się nie przeniesiecie ? - Bo tu mamy najwspanialszą pracę na świecie, a za sąsiadów wiatr, słońce, deszcz i śnieg... Da się ? Wszak, jeżeli robisz to co kochasz to to nigdy nie jest to praca... Ktoś mądry to kiedyś powiedział...

Najpierw cukierki potem kumys

W mongolskiej jurcie z mongolską rodziną

Dojeżdżamy do jeziora Khövsgöl i lokujemy się w komfortowej jurcie. Wątek rodziny Irenki przebija się przez cały nasz pobyt, bo część jej rodziny to właśnie Sybiracy. To ci, których w bydlęcych wagonach wywieziono z Polski na Syberię tylko za to, że byli „kułakami”, że byli pracowici i dzięki swej pracy posiadali więcej niż inni. Oglądamy małe syberyjskie, drewniane domki... Przeżyli tragedię... Czy my dalibyśmy radę ? Czy tak jak pasażerowie Myflower, przetrwalibyśmy ? Osobiście myślę, że tak...

Yono coraz bardziej rozkręca się w poszukiwaniu dla nas niezaplanowanych atrakcji. Nasze dyskusje nie są zbyteczne. On już wie, jak zrobić nam przyjemność i czego oczekujemy od zwiedzanego kraju. Nie udało się wesele (rodzice panny młodej odmówili, bo możemy przywlec złe duchy), to udał się ceremoniał pierwszych postrzyżyn.

Mały dwuizbowy domek (sławojka na zewnątrz) szefowej gminy o ludności ok 5000 dusz w tym 3000 w głównej wsi, otwiera swoje skromne drzwi. Wchodzimy... Na środku długi stół wypełniony co do milimetra owocami i jedzeniem najróżniejszej jakości. Gospodarze wciskają nam natychmiast 3 miseczki : jedna ze świeżym, ciepłym, krowim mlekiem, druga z kumysem (sfermentowane, alkoholizowane mleko klaczy), 3-cia z czymś w rodzaju rosołu zapakowanego po brzegi mięsem i kapustą... Hmmm... Jak to połkniemy to nasze żołądki się rozpuszczą... Udajemy, że sączymy raz jedno, raz drugie, raz trzecie.

Dziś święto pierwszych postrzyżyn. Dziewczynki strzyże się w wieku 2 lub 4 lat, a chłopców w wieku 3 lub 5 lat. „Nasza” właśnie ukończyła 4, a to okazja do życzeń, przekazania dobrej energii na całe życie, trochę kasy, a zwłaszcza ofiarowania zwierząt, które od tego dnia wychowywać się będą dla dzieciaka na dorosłe życie już po ślubie… A mnożąc się, utworzą pierwsze, całkiem niemałe stadko.

Ojcem dziewczynki jest trener jazdy konnej i hodowca koni. Rozglądam się po chacie. Nie widzę, żadnych świętych obrazów więc pytam dla utrzymania konwersacji : - A jaka jest wasza religia ? - Żadna, odpowiada. - W nic nie wierzycie ? Jesteście ateistami ? - Nikt nie jest Waszym Bogiem ? - Czyngis Chan !!! pada zdecydowana odpowiedź. Rzeczywiście... Uświadamiam sobie, że w każdym hotelu i każdej prowincjonalnej knajpce wiszą jego portrety... Jest jedyny : Ojciec Narodu. On go stworzył, on doprowadził do świetności i on był jedynym takim w historii Mongolii.

Yono wiezie nas łodzią motorową w głąb jeziora. Wysiadamy. Tu żyją Tuwini "Ludzie Reniferów", czyli nomadzi z tajgi. Jest ich tylko ∼300 osób, żenią się pomiędzy sobą, są smutni, otępieni i ogłupieni. Nie manifestują swego zadowolenia i nie częstują nas kumysem, kiedy wchodzimy do ich tipi z kory drzew i brezentu. Dobrze, że mam przy sobie zawsze polskie krówki, które podarowane małej dziewczynce łagodzą nieco nieprzyjemną atmosferę. Tuwini to jeden z najbardziej wyjątkowych narodów w Mongolii. Posługują się językiem podobnym do tureckiego i niekoniecznie kochają mongolskie szkoły. Podobnie jak duża część Mongołów ich wiara to szamanizm (duchy gór, rzek, jezior, przodków) + buddyzm tybetański. Wierzą, że każdy człowiek ma swojego "ducha-patrona-zwierzę".

Marek, my brother – prosiłeś o lokalny cmentarz. Dojeżdżamy. To zbocze łagodnej góry niczym nie ograniczone a na nim w bezładzie resztki jakiś niby grobowców, porozrzucane ludzkie kości (Madzia rozpoznaje ze zdjęcia część miednicy) i jeden nowy usypany z kamieni grób. Jeszcze 20 lat temu ciała zmarłych kładziono pod kocem na ziemi i nie pochowane, pozostawiano. Ciała dobrych za życia, ptaki i zwierzęta szybko zjadały. Ciała złych ludzi, rozkładały się i gniły bardzo długo. Lama lub Szaman wskazywali tylko kierunek złożenia ciała na tym cmentarnym wzgórzu. Żadnych specjalnych obrządków. Yono pamięta, kiedy był chłopcem i z kolegami pasał w pobliżu kozy. Bywało, że grali „w piłkę” pustymi czaszkami lub obserwowali „stawające” zwłoki do pozycji siedzącej pod wpływem ich napęcznienia. Pamięta, jak zdejmowali koce ze zwłok by się przykryć na chłodniejszą noc... ale zawsze zwracaliśmy je na swoje miejsce... Hmmm... nie wiemy czy się śmiać, czy płakać, czy uciekać.

       

Mongolski cmentarz

Jeszcze przejażdżka konna na świętą górę, jeszcze szamańskie modły Yono (choć jest buddystą), jeszcze wkoło ta cudowna, ta wspaniała przyroda, ta niczym niezmącona cisza, mecho-trawa, tajga... i odjeżdżamy na Południe.


Pustynia Gobi. Jedziemy ponad 6 godzin po ledwo widocznych śladach innych samochodów zwanych drogą. Wydaje się, że jedziemy donikąd bo wkoło nieprzebrany płaski step. Kojąca, mongolska, samochodowa muzyka przyjemnie koi nasze jestestwa. Najpierw Flaming Cliffs, czyli Płonące Klify to skały z czerwonego piaskowca, które jakby płonęły pod odpowiednio padającym światłem słonecznym. To największe i najważniejsze miejsce paleontologiczne na świecie, gdzie Amerykanie odkryli w 1922 roku jaja i szkielety dinozaurów. Raj też dla geologów – myślę sobie o moich studenckich czasach -😉

Potem z daleka ukazują się piaszczyste wydmy. To jakiś nieprawdopodobny fenomen : na stepowej pustyni o wymiarach ok.. 1600 km x 800 km znajduje się długie pasmo piaszczystych wydm o wymiarach ok. 185 km na 5 km. I tylko tyle... bo reszta to skalne góry i bezkresny step. 

Cudowna przestrzeń, nicość i nagle OAZA kampu. Kąpiel, kolacja, piwo, cudowny zachód słońca, spokój, nirwana i rzut oka na wieści z ojczyzny ... Masakra : I-szy historyk RP wypalił o Monte Cassino i fala kpiących memów zalewa nasze telefony. Nie wiem, czy podziwiać to co widzimy, czy śmiać się z pajaca w parku rozrywki, czy się martwić... Wańkowicz właśnie przewrócił się w grobie... Polska - cóż to za kraj. I ten konglomerat uczuć ten kołowrotek emocji, ten taniec nirwany z człowieczym złem, ten podziw prostoty natury z bezwzględnym ludzkim cynizmem, ta mieszanka nacjonalistyczno-chrześcijańskiej mieszanki ucywilizowanych Polaków z czystością szamanizmu i tybetańskiego buddyzmu w wykonaniu „dzikich” Mongołów wirowała jak roller coster w mojej głowie !

A nad tym wszystkim 56 metrowa Matka Boska nad którą helikoptery rozsypywały płatki róż ku uciesze i modlitwom ludzi. Modły jednak nie pomogły… W tym samym czasie kilkanaście osób zginęło jadąc z pielgrzymkowych modlitw z Medjugorie ... Czyż życie nie jest fascynujące ?? 😇 Wystarczy naładować nieco swój kondensator świadomości.

Wróćmy jednak do fenomenu zwanego pustynią Gobi... Po wspaniale przespanej nocy w mongolskiej jurcie idziemy w piach... Tego 3 godzinnego trekkingu nie zapomnimy nigdy : z nieba leje się żar, pot zalewa nam twarz, pokłady tłuszczu znikają z każdym krokiem, pod nogami obsuwa się niezmącony niczym piach a my prowadzeni przez Yono brniemy dalej... W końcu zmęczeni siadamy na tym gorącym, złotym podłożu i z dziecinnej radości zaczynamy śpiewać : Góralu czy ci nie żal !!! Fatamorgana czy nirwana. Nirwana czy radość natury bez granic ???

Pierwszy camp na Gobi i powitanie oczywiście kumysem 

Ostatnim punktem naszego programu była dawna stolica Mongolii, Karakorum. To pierwsza stolica imperium mongolskiego, założona 1220 roku, przez Chyngis Chana a rozbudowana przez jego syna Ugedeja w 1235 roku. W czasach świetności mieszkało tam ok. 10 000 ludzi w tym kupcy z całego świata : Arabowie, Chińczycy i Europejczycy. Słynny był srebrny pałac Ugedaja ze srebrną fontanną, z której bez przerwy lało się piwo, wino, miód i kumys. 1264 roku Kubilaj, wnuk Czyngisa, podbił Chiny, założył dynastię Yuan i przeniósł stolicę do Pekinu.

Srebrna fontanna 


I tu czas na refleksję, która zawsze towarzyszy nam w podróżach : wszystko kiedyś się zaczyna i wszystko kiedyś się kończy, bo bieda tworzy silnych ludzi a dobrobyt słabych.

Dynastia Kubilaja trwała zaledwie 100 lat, bo jego potomkowie tarzali się w złocie, alkoholu i zabawach... Podbici Chińczycy upomnieli się o swoje, powstała dynastia Ming, która pogoniła Mongołów i zburzyła doszczętnie Karakorum w 1388 r.

Miasto opustoszało na kolejne 200 lat by z jego resztek wybudować w 1586 roku klasztor buddyjski Erdene Zuu, który zamieszkiwało ok. 1000 mnichów. 400 lat później władza komunistyczna uznała go za symbol wyzysku ludu i całkowicie zburzyła wysyłając mnichów do lagrów.

Dziś Karakorum to 20 000-ne miasto z pomnikiem świetności imperium na jednym z otaczających go wzgórz, a klasztor Erdene Zuu to symbol odrodzenia buddyzmu, choć na drugim wzgórzu wznosi się święte, szamańskie Oło i czci się czaszki koni – ukochanych zwierząt Mongołów... Wszak nie zapominamy o pierwszych wierzeniach naszych najdalszych przodków.

Podobno istnieje projekt przeniesienia stolicy z Ułan Bator właśnie do Karakorum, co byłoby cudownym pomysłem nawiązania do najświetniejszych mongolskich czasów i zerwaniem z ponurą komunistyczną przeszłością..

A podsumowując naszą podróż : 

Mongolia : piękno w nicości, wielkość w przestrzeni, fascynacja w prostocie i życzliwości Nomadów... Make Mongolia Great Again (MMGA), powiedziałem na koniec naszemu sympatycznemu Yono. Dziękujemy Ci Visit Mongolia... To było wspaniałe przeżycie...



Komentarze